piątek, 12 czerwca 2015

Wind is blowing from the East. cz. IV

Horacy ostatnim krzykiem wyjaśnił kto zrobił mu taką nieludzką krzywdę. Zemdlał, ale nadal żył. Medycy wzięli go do siebie, by móc mu wrócić życie, które już i tak było zagrożone. Nie minęły dwa zachody słońca, a zwiadowcy już gnali na złamanie karku. Ich gryfy równo trzaskały orlimi skrzydłami. Jeden z wieśniaków widział Morganę, kiedy kierowała się w stronę wioski Lothbrok. Było ich troje. Rudy, jak sama nazwa wskazuje miał blond włosy, czarną brodę i białe tęczówki oczu. Pozostali dwoje byli łysi. Mieli długie brody i okropnie wątłe ciała. Byli za to nad wyraz zwinni i szybcy. Cały czas dźwięczał im w głowach monolog Horacego. 
Wydawał się być załamany i całkiem bezradny. Z zrozpaczonych oczu płynęły łzy, a głos stracił swój pewny i dumny wręcz ton. Do tego zakrwawiona koszula i lepkie od krwi włosy dodawały grozy wyglądowi postaci. Od dłuższego czasu mówił do siebie:

"Pamiętasz, Horacy, gdy ją poznałeś? Miała takie piękne złote włosy. Prezentowała się jak na damę przystało. Przynajmniej do momentu, kiedy zobaczyłeś jej sposób walki. Chłopie, coś ty zrobił?! Nigdy nie byłeś wyrostkiem, ale żeby przegapić taką okazję? Przecież była praktycznie bezbronna." Plótł do siebie bez ładu i składu. Jego misja wydana przez Hrabiego była prosta. Zabić ją. Szło idealnie. Tak, był płatnym mordercą. Inny fach go nie satysfakcjonował. Uwielbiał patrzeć w oczy zarzynanych ofiar. Nie znał matki ani ojca. Wychował go Ragnar. Okrutny i rygorystyczny mentor. 
"Kretynie, czemu się zakochałeś?! Mogłeś sobie odpuścić. Zwiała, a Ty masz kłopoty. Ledwo przeżyjesz, bo zachciało ci się jakiejś tam Hrabiny."

* * *

Po kilku chwilach, które wydały się wiecznością Morgana przestała bić w dzwon. Nikt nie nadchodził. Postanowiła sama sobie dać radę. Widać, że dobry los miał ją w opiece, bo zauważyła, że na ścianie dzwonnicy wisi miecz. Co prawda był wyszczerbiony, okropnie ciężki, zupełnie do niej niedostosowany, ale jednak to jakaś broń. Astaroth, jakby na zawołanie zjawiła się i zasiadła na wieży. Przynajmniej ona jest na czas. 
- Witaj istoto. Nie jestem pewna, czy znasz ludzką mowę. 
"Znam." A więc jednak! Potrafiła przekazywać myśli. 
- Jak skrzydło? - Zapytała niepewnie i usłyszała kroki na schodach. Przeraziła się, bo były lekkie. Charakterystyczne dla zwiadowcy. 
"Dobrze. Nie lękaj się. To Michael." Po tych słowach do dzwonnicy wpadł ten sam chłopak, którego widziała wcześniej, kiedy Brał Gryfa i konia. Miała go za zwykłego pachołka, a teraz stanęło im walczyć razem. 
"Zna tylko mowę elfów i zwierząt." Gryf zaryczał okropnie.
- Pora zacząć grę. - Wypowiedział Michael w znanym jej staroelfickim. 
- I do ostatniej wylanej kropli krwi. - Odcięła mu się Morgana śpiewnym głosem z dziwnym akcentem. Na pewno nie znała tego języka jakoś świetnie, ale potrafiła się porozumiewać. 

Nadciągali z południa. Lecieli oddaleni od siebie o jakieś 16 metrów. Cała trójka. Astaroth zerwała się i rzuciła na białego jak śnieg grywa, którym leciał łysy mężczyzna. Sprzymierzony gryf rozdrapał skrzydło wroga, tak, że ten, przeraźliwie rycząc uderzył w kaplicę, roztrzaskując czaszkę Zwiadowcy na ścianie. Morgana na tego, który miał jeszcze trochę włosów rzuciła pochodnię. Gryf kiedy poczuł smród palonych włosów lekko się zdezorientował i ten moment wykorzystał Michael zrzucając na głowę Jeźdźca skrzynię z suwenirami. Ogromna, ciężka skrzynia ogłuszyła napastnika, który na wskutek upadku z wysokości roztrzaskał się o klepisko zwane dumnie ulicą. Astaroth zajęła się Srebrzystym gryfem.
- Nie zabijaj go. - Wydarłą się na cały głos Pani. Gryfica rywala go do ziemi i czekała. Z kolei trzeci napastnik zeskoczył ze zwierzęcia i pchnął Michaela o dzwon. Stróżka krwi popłynęła i chłopak wyjąkał tylko w elfickim ciche "Panie.". Nie było czasu na rozważania. Morgana popatrzyła napastnikowi prosto w oczy i stanął on jak wryty. Rzuciła się na niego, zadając śmiertelne pchnięcie mieczem. Obrzydliwy wróg jednak zdążył jeszcze lekko szarpnąć mieczem i rozciąć jej brzuch tak, że krew poplamiła materiał w kilka sekund. Nie było to mocne cięcie, jednak rozwścieczona Hrabina odcięła głowę Oprawcy i odcięła kawał sukni, by robić z tego miech. Schowała głowę i wzięła Michaela na ręce, w duchu modląc się, by żył. Po schodach biegli już Bjorn, Lili, Dante i jeszcze ktoś, kogo nie znała. Oddała w ich ręce Michaela.
- Szukają mnie. - Odpowiedziała na ich pytające spojrzenia. Zeszła z dzwonnicy i zobaczyła jeszcze żywego, gryfa. Wyrżnęła na skórze głowy łysego; "Nie tym razem, ojcze." Oddała wór owemu gryfowi i kazała zanieść to do dworu. Sama jednak upadła, krew utworzyła niewielką kałużę. Straciła przytomność i ogarnęła ją błoga nicość. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz